……….KSIĘGA ANIOŁÓW

Był późny, zimowy wieczór. Choć mrok spowijał całą dzielnicę, w oknach mojego pokoju opuściłem zasłony i dodatkowo uszczelniłem wszystkie szpary – tak, na wszelki wypadek. Zamierzałem dokonać szybkiego przeglądu stanu moich papierów fotograficznych, gdyż planowałem małą „robótkę” ciemniową. Rozłożyłem więc kilkanaście światłoczułych kartoników na stole i sprawdzałem ich stan – bardziej na wyczucie – lampa ciemniowa dawała niewiele światła. Zadowolony z jakości arkuszy – nie było zagięć ani załamań, już miałem je na powrót zapakować do szczelnego pudełeczka, gdy nagle powietrze zawirowało a nad moją głową pojawiły się srebrzyste iskierki, jakby ktoś rozpylił kolorowy brokat i moim oczom ukazał się dziwny widok! Nie mogłem uwierzyć! W nikłym, oliwkowym świetle ciemniowej żarówki ujrzałem przed sobą kilkanaście tańczących w powietrzu małych postaci ze skrzydełkami! Co to? Czyżbym miał przywidzenia? Małe sylwetki, ni to aniołków, ni to skrzydlatych elfów wirowały coraz niżej i niżej, aż wreszcie usiadły na stole. A właściwie nie na stole, ale każda  z maleńkich postaci wybrała sobie jeden z kartoników papieru fotograficznego. Wszystkie zdawały się potrzeć na mnie maleńkimi oczkami i uśmiechać równie niewielkimi ustami. Przez kilka chwil one patrzyły na mnie, a ja na nie. Niestety, nagle usłyszałem wołanie mojej żony: „Jesteś tutaj?” i w pokoju rozbłysło zapalone przez nią jasne światło lampy. „Zgaś! – krzyknąłem – Mam tu papier fotograficzny. Zaświetlisz go!” Pstryknął wyłącznik i światło zgasło. Chwilę trwało, żeby oślepiony wzrok ponownie przywyknął do ciemności. Spojrzałem na stół. Kartki papieru były na swoich miejscach ale… małych postaci już nie było! Więc przywidzenie? Albo mi się przyśniło! Pozbierałem kartoniki, schowałem do pudełka i poszedłem spać. Szybko zapomniałem o dziwnym zdarzeniu, ale gdy po kilku tygodniach znalazłem wreszcie czas aby zamknąć się w ciemni, przypomniał mi się dziwny „sen”. Nie wiem dlaczego postanowiłem wywołać, tak na próbę, jeden arkusik. Pomyślałem sobie: „Muszę przecież sprawdzić czy ten papier jest jeszcze czegoś wart (był już dość mocno przeterminowany). Włożyłem arkusz do wywoływacza i … osłupiałem! W nikłym świetle ciemniowej lampy zaczął pojawiać się obraz … Anioła! Co jest?! Co się dzieje?! Wywołałem pozostałe kilkanaście arkuszy. Na każdym pojawił się „odcisk” maleńkiej postaci! Wysuszyłem odbitki, pokolorowałem barwnymi tuszami i oprawiłem wszystkie w ramki. Każdy obrazek ozdobiłem jeszcze niewielką ilością brokatowych płatków – zapamiętałem, że owego dnia aniołki jawiły mi się jak gdyby w otoczeniu błyszczących gwiazdeczek.

Nie wierzycie? Ja też nie, no ale skąd by się te obrazki wzięły – przecież nigdy nie fotografowałem Aniołów! A tak w ogóle, czy ktoś widział Anioła?

„KSIĘGA ANIOŁÓW – NIESKOŃCZONE PIĘKNO WSZECHŚWIATA” (luksografia na papierze światłoczułym, barwne ekoliny, brokat)